czwartek, 19 maja 2016

Od Daniela - Początki bywają skomplikowane

- No bo kto powiedział, że zakręt zawsze powinno jechać się na wewnętrzną nogę? - spytałem Victora który jak zwykle zignorował moje słowa - Może gdybyśmy ten zakręt pojechali z drugiej nogi byłoby szybciej? Wtedy cały przejazd zabrałby mniej czasu i założywszy, że nie zabijemy się na tamtym murze, albo na hydrze. Co o tym myślisz?
Vic zarżał cicho odwracając głowę tak żeby mi się dobrze przyjrzeć po czym znów utkwił wzrok w oblanych porannym słońcem przeszkodach toru crossowego. Ze stajni uciekliśmy jeszcze przed śniadaniem zanim mama zdążyła przypomnieć mi o wizycie u lekarza, której nienawidziłem z całego serca. Spotkanie musiała przekładać już pięć razy bo zawsze jakoś udało mi się od niej wywinąć. Wiedziałem, że tym razem będzie naprawdę zła, a obraz jej zaczerwienionych furią policzków sprawiał, że chciało mi się śmiać. Odkaszlnąłem lekko przeklinając w myślach brak inhalatora, który najpewniej spokojnie leżał teraz gdzieś na podłodze w moim pokoju wiedząc, że właśnie teraz bardzo by mi się przydał.
- Zobaczmy co się stanie - zaproponowałem głaszcząc konia po szyi po czym łydkami dając sygnał do biegu. Vic natychmiast rzucił się galopem przed siebie, płynnie reagując na moje sygnały i lotnie zmieniając nogę. Kiedy upewniłem się, że wbrew wszystkim zasadom galopujemy na złą nogę skręciłem gwałtownie, najeżdżając na mur przed nami. Poczułem jak Victor potyka się po czym kilkoma gwałtownymi ruchami próbuje uratować sytuację, a następnie przewraca na mokrą od porannej rosy trawę.
- Czy powinienem teraz zawołać eureka? - spytałem tak samo jak koń nie podnosząc się z ziemi - Właśnie odkryłem dlaczego ktoś zadecydował, że zakręty będzie się robiło z wewnętrznej nogi. To odkrycie zasługuje na nobla, albo przynajmniej kubek gorącej czekolady dla odkrywcy.
Victor zarżał głośno jakby nie zgadzając się ze mną po czym podniósł się powoli. Dopiero kiedy stanął na nogach i otrząsnął się, a moje ciało do góry nogami również się uniosło uświadomiłem sobie, że moja noga utknęła w strzemieniu i nie jestem w stanie jej wyciągnąć.
- Dzięki, stary - burknąłem, szarpiąc za strzemię w nadziei, że jakoś uda mi się wydobyć z niego stopę - Rozumiem, że nie podobał ci się pomysł, ale nie musisz się tak okrutnie się na mnie mścić. Nie wygodnie ci się leżało?
- Daniel! - to był głos mojej mamy i przesiąkał złością jak jeszcze nigdy dotąd. Ostatni raz szarpnąłem nogą, a upewniwszy się, że nie przybiorę pozorów dobrego i odpowiedzialnego jeźdźca przed jej przyjściem zakląłem najgorzej jak tylko potrafiłem, stwierdzając, że jest to zdecydowanie najgorszy poranek w moim życiu.
- Mamy przerąbane Vic - oznajmiłem uroczyście na co on jedynie obrzucił mnie pogardliwym spojrzeniem - był prawie tak zły jak moja mama, którą widziałem już wystarczająco wyraźnie żeby umieścić jej gniew na samym szczycie skali jaką udało mi się stworzyć po dwudziestu lat przebywania z nią. Obiecałem sobie, że wynagrodzę Victorowi naszą wywrotkę wyjątkowo dużą marchewką i czekałem na mój nieunikniony koniec.
- Co ty robisz Danny? - spytała stając parę metrów do nas i przyglądając mi się krytycznie. Victor chcąc zaprezentować jakim dobrym jest wierzchowcem podszedł do niej, ciągnąc mnie za sobą i trącił nosem kieszeń jej bryczesów w poszukiwaniu smakołyków.
- Nienawidzę cię Vic - warknąłem po czym uśmiechnąłem się do mamy z przesadną dozą słodyczy. Tak na prawdę miałem ochotę krzyczeć, ale moja pozycja nie była zbyt korzystna do wyrażania złości - Tak sobie zwisam z siodła i podziwiam widoki.
- Mamy wizytę u lekarza - przypomniała patrząc na mnie z góry - Masz pół godziny na prysznic i śniadanie.
- Zapomniałaś o wyplątywaniu się z tego durnego strzemienia! - zawołałem za nią kiedy spokojnym krokiem zaczęła wracać do ośrodka.
- To nie mój problem! - odkrzyknęła zostawiając mnie na pastwę strzemienia i obrażonego Victora który nijak nie chciał mi pomóc.

Dokładnie pół godziny później siedziałem w fotelu pasażera wściekle dudniąc palcami w kubek herbaty z melisą, do której dla smaku dolałem trochę Brendy kiedy Haven nie patrzyła. Wedle wskazań tego idioty musiałem pić melisę na uspokojenie, ale nawet narkotyki nie działały na mnie uspokajająco, więc przypuszczenia, że jakieś ziółka zwalczą moje wrodzone ADHD było abstrakcyjne nawet dla mnie.
- Zabrałeś leki i inhalator? - spytała zerkając na mnie z troską. Jak zwykle jej gniew minął szybko i teraz jedynie martwiła się moim zdrowiem. Tego nienawidziłem nawet bardziej niż kiedy krzyczała.
- Nie potrzebuję ich - odparłem twardo nie patrząc w jej kierunku. Jedynym co wydawało mi się teraz interesujące były jasno zielone pola poprzecinane niskimi, kamiennymi murkami i owce pasące się w małych grupkach.
- Oboje wiemy, że to nie prawda Danny.
- Przestań wreszcie tak na mnie mówić! - krzyknąłem, odwracając się gwałtownie w jej stronę - Nie chcę tam jechać żeby po raz kolejny wysłuchiwać jak powinienem na siebie uważać! To bezsensowne. Nie chcę długiego życia w strachu! Mógłbym umrzeć nawet jutro w pełni ciesząc się życiem bez ograniczeń.
- Nie mówi tak - westchnęła, pocierając skronie - To bardzo egoistyczne zachowanie w stosunku do mnie, twojego ojca i wujka Toma. Wszyscy chcemy żebyś żył dłużej, kochanie.
- Ach tak? - parsknąłem - I powiedz mi proszę jaki to ma sens, co?! Mam przez całe życie starać się żeby kolejny dzień nie był tym ostatnim ze świadomością, że i tak umrę? To głupie bo wiesz... To ja decyduję jak będzie wyglądała moja przyszłość.
- Tylko zobaczmy co on powie - poprosiła na co zastukałem w kubek bardziej energicznie. To był rytm zwycięstwa. Zawsze udawało mi się ją przekonać.
- Nie musimy sprawdzać - uśmiechnąłem się - To będzie coś w stylu: "Danielu musisz na siebie uważać, to nie jest zabawa. Koniec z papierosami i jazdą konną. Nie przemęczaj się i nie zapominaj o lekach".
Nie odezwała się więcej, a ja nie mogąc znieść ciszy włączyłem radio zdecydowanie głośniej niż było to konieczne. Kiedy nasz samochód zatrzymał się gwałtownie przed wejściem do miejscowej przychodni dopiłem pośpiesznie herbatę, czując jak alkohol powolnym pulsowaniem rozlewa się po moim organizmie. Potrzebowałbym co najmniej pięciu takich herbat, żeby wytrzymać spotkanie z doktorem Hankiem, którego zawsze przezywałem Chrumkiem bo zawsze brzmiał i jak świnia, a na dodatek zachowywał się tak jakby na gwiazdkę bardzo chciał dostać różowy, kręcony ogonek.
- Jak się masz Danny? - spytał, kiedy opadłem na miękki, bordowy fotel przed jego biurkiem. On tak samo jak mama wiedział dokładnie jak mnie wkurzyć.
- Świetnie Chrumku - posłałem mu nieprawdziwy uśmiech.
- Dan! - skarciła mnie mama, posyłając mi ostrzegawcze spojrzenie. Udawała, że jeszcze nie przyzwyczaiła się do mojej arogancji.
Po zwyczajowych badaniach i oklepanej gadce na koniec dodał jeszcze coś zupełnie nowego:
- Jeśli nie chcesz spędzić wakacji na oddziale intensywnego leczenia z kroplówką wstrzykującą ci wszystkie potrzebne leki nie możesz wsiadać na konia przez całe lato. Mówię naprawdę poważnie.
- Świetnie - burknąłem po długiej chwili ciszy w momencie w którym wjeżdżaliśmy właśnie na podjazd prowadzący do klubu - Chrumk naprawdę uważa, że będę go słuchał.
- Nie - posłała mi przelotny uśmiech parkując przy stajni - Dlatego zadanie trzymania cię daleko od koni powierzył mnie. Z trudem z godził się na to żebyś w ogóle przebywał w stajni ze względu na pył z siana.
- Zabierzcie mi jeszcze papierosy - prychnąłem ironicznie, wyskakując z samochodu.
- Taki mam zamiar - znów uśmiechnęła się szeroko jakby nie zdawała sobie sprawy z tego jak bardzo mnie denerwuje.
- Ku*wa! - wrzasnąłem na całe gardło, kopiąc samochód i zaraz znów przeklinając z bólu - O cholera! Nienawidzę mojego życia!
- Bardzo mi przykro kochanie - Haven tylko wzruszyła ramionami i zniknęła w stajni pogwizdując wesoło. Zafundowałbym jej taką wiązankę brzydkich przekleństw, że uszy by jej odpadły, ale poczułem dotyk czyjejś ręki na ramieniu.
- Dobrze się czujesz?
Blondynka z uroczo kręconymi włosami patrzyła na mnie z powątpiewaniem spod długich, czarnych rzęs. Przygryzła malinowe wargi gdy bez słowa wpatrywałem się w jej czekoladowe oczy.
- W tej chwili całkiem nieźle - uśmiechnąłem się szeroko.

Czekoladowooka (Blair)?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz