- Ty skończony debilu! Patrz gdzie jedziesz następnym razem! Prawie porysowałeś mi karoserię! Wiesz ile ten samochód kosztował?! - krzyk Courtney był głośniejszy nawet od puszczonej na maksa muzyki w stacji radiowej którą ona wybrała. Miałam już serdecznie dość jazdy w jej towarzystwie i poczułam ogromną ulgę kiedy GPS w jej najnowszym iPhonie oznajmił niskim, seksownym głosem prowadzącego, że po skręcie w prawo znajdziemy się u celu.
- Wspólny wyjazd na to zadupie był doskonałym pomysłem droga s i o s t r o - ostatnie słowo niemal wyplute przez Courtney było jeszcze bardziej przesiąknięte ironią niż poprzedzające je zdanie choć do tej pory sądziłam, że to nie możliwe.
- Oczywiście. Nigdy przecież nie będę miała dość twoich wrzasków i tej okropnej muzyki - zakpiłam obrzucając ją pogardliwym spojrzeniem.
- Jak chcesz możemy zawrócić i odstawić cię z powrotem do sierocińca. Tam będziesz się czuła jak w domu. Brud, pchły i banda bachorów... To chyba twoje klimaty - zauważyła kąśliwie.
- Wolę towarzystwo zapchlonych bachorów które nigdy nie zamykają brzydkich pysków niż twoje chociaż ty i tamte dzieciaki jesteście do siebie bardzo podobni - znów zerknęłam na telefon mojej "siostry" błagając w myślach żeby upragniony skręt w prawo za którym czekała na mnie przynajmniej chwilowa wolność od niej.
- Świetnie! - krzyknęła z frustracją uderzając w klakson który wydał z siebie długie, smutne bipnięcie (użyła go dzisiaj wystarczająco dużo razy żeby miał już dość) - Nie wiem czemu rodzice cię w ogóle adoptowali.
- Może dlatego, że cię już nie kochają? - podsunęłam wrednie.
- Raczej po to żeby zaakcentować to, że od każdego będę lepsza - odparła odrzucając na ramię jeden z czerwonych kosmyków - Na wypadek gdybyś miała jeszcze wątpliwości przypomnę ci, że to mnie kupili trzy konie, samochód i nowy telefon. A tobie? Oddali mojego starego samsunga, kupili trochę nowych ubrań.
- Robią wszystko co chcesz bo wiedzą, że jeśli nie zaspokoją potrzeb swojej "małej księżniczki" dostaniesz strasznych kompleksów - posłałam jej przesłodzony uśmiech choć wcale nie miałam ochoty się uśmiechać - Następnym razem zastanów się kto jest na przegranej pozycji.
- Oczywiście, że ty - Courtney zaśmiała się wrednie - Tak trudno ci w to uwierzyć?
- Ja nie wierzę w kłamstwa, tak jak ty - prychnęłam wzgardliwie.
- Och zamknij się wreszcie! Dojechałyśmy już.
Jak zwykle to ona musiała mieć ostatnie słowo, ale miała rację bo właśnie zatrzymałyśmy się na eleganckim parkingu za którym rozciągał się rozległy plac i stajnie. Z jednej z nich wychodził właśnie jakiś mężczyzna prowadzący wyrywającą się klacz arabską. Jej wysoko uniesiony ogon powiewał na wietrze, a nogi wdzięcznie poruszały się w rytm nerwowego kłusa. Praktycznie drobiła w miejscu wyrywając się, jednak prowadzący ją mężczyzna nie pozwolił jej się wyrwać. Pewnie trzymał za uwiąz, a w pozie jaką przybrał prowadząc klacz czaiła się duża pewność siebie - cecha której potrzebował chyba każdy jeździec.
- Pójdę spytać go gdzie znajdę szefa klubu - rzuciła Courtney wysiadając z samochodu. Wyprowadź swojego osła.
- Niema mowy - zaprzeczyłam gwałtownie po czym również wyskoczyłam z auta trzaskając mocno drzwiami specjalnie żeby ją wkurzyć - Idę z tobą. I nie nazywaj Nathana osłem bo jest lepszy od twoich wszystkich koni razem wziętych.
- Chyba w twoich snach - prychnęła uśmiechając się sztucznie do mężczyzny z arabką. Po rozmowie pełnej nadmiernego słodzenia ze strony Courtney dowiedziałyśmy się gdzie jest biuro w którym znajdziemy właściciela Toma Smitha.
Courtney?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz