- Moje życie to taki wyjątkowo kiepski żart - stwierdziłem - Zupełnie jak moje żarty o idiocie, też są bezsensowne. Najwyraźniej mam z czego czerpać inspirację. Z samego siebie, kurde...
Leżałem na łóżku ze splecionymi nogami, jakbym próbował siąść na zawieszonym na ścianie plakacie mojego ulubionego londyńskiego zespołu piłkarskiego, do którego mówiłem już od godziny i dwudziestu dwóch minut co liczyłem skrupulatnie zerkając na budzik przy łóżku. Pewnie dalej siedziałbym w świetlicy rozmawiając z kimkolwiek, mogłaby to być nawet moja mama, bylebym tylko miał rozmówcę, ale nadeszła godzina policyjna, a Catherine wszystkich wygoniła do pokoi. Teraz właściwie przestało mi przeszkadzać to, że piłkarze nie odpowiadają. Uszczupliłem nieco moje zapasy whisky trzymane pod łóżkiem i nawet cieszyłem się, że goście z plakatu słuchają uważnie wszystkiego co mam do powiedzenia nie przypominając mi o tym, że z moich ust nie wypływa nic inteligentnego.
Znów odwróciłem głowę w stronę tarczy budzika w której odbijało się żółtawe światło lampki ustawionej gdzieś w rogu pokoju. Haven z pewnością siedziała teraz w swoim pokoju zaczytana w jednej ze swoich przerażająco nudnych książek o nieprawdziwej miłości dwóch przesadzenie w sobie zakochanych bohaterów. Nigdy nie wierzyłem w książkową miłość i wątpiłem by cokolwiek mogło to zmienić.
- Wybaczcie panowie - mruknąłem wstając i uważnie wpatrując się w podłogę w poszukiwaniu kurtki - Jest ktoś kto potrzebuje mnie bardziej niż wy. To zaskakujące, ale ktoś taki naprawdę istnieje.
Wymknąłem się z pokoju, a potem w dalszym ciągu starając się zachować ciszę zakradłem do wyjścia z budynku mieszkalnego. Na zewnątrz było tak zimno, że mój oddech zamieniał się w wirującą parę mimo, że dziś był jeden z cieplejszych dni późnej wiosny. Truchtem pokonałem odległość dzielącą mnie od stajni dla koni prywatnych. Choć bieg nie był intensywny zatrzymując się przed wejściem do stajni oddychałem z trudem. Mroźne powietrze wdzierało się do moich płuc przy każdym kolejnym oddechu powodując coraz większy ból w klatce piersiowej.
- Muszę zapalić, muszę zapalić - powtarzałem ochrypniętym głosem. Czułem nadchodzący atak astmy, ale znów nie zabrałem ze sobą inhalatora i leków. Zamiast tego jak zwykle miałem przy sobie papierosy. Wyciągnąłem jednego z kieszeni podpaliłem pośpiesznie i zaciągnąłem się dymem. Oczywiście ból stal się mocniejszy, ale teraz oddychałem już spokojniej.
- Kto tam jest?!
To był jeden ze strażników nocnych którzy jak uparte muchy końskie kręcili się po ośrodku gdy tylko zapadł zmrok. Szybko przydepnąłem do połowy wypalonego papierosa i pośpiesznie schowałem się w stajni. Wątpiłem w to żebym został złapany bo od szkolenia strażników minęło już dużo czasu, a w dzień, kiedy nie byli potrzebni jedli zdecydowanie więcej niż powinni. Nie tak trudno było ich wykiwać choć raz już zostałem potraktowany paralizatorem co swoją drogą było ciekawym doświadczeniem. Usłyszałem jego ciężkie kroki oraz to jak z szurnięciem wielkich jak kajaki butów zatrzymuje się w miejscu gdzie stałem przed chwilą.
- Cholerny Daniel - zaklął pod nosem najwyraźniej zauważając niedopałek, będący właściwie moim znakiem rozpoznawczym gdyż nikt inny nie palił przy koniach - Gdzie jesteś gnojku?!
"I on myśli, że mu powiem" - przemknęło mi przez myśl. Kiedy upewniłem się, że odszedł odszukałem włącznik światła i nacisnąłem zalewając długi korytarz ciepłym światłem. Przez chwilę kilka jarzeniówek migotało lekko, a kiedy w końcu się uspokoiły poszedłem do siodlarni odszukać sprzęt Victora. Kiedy tylko otworzyłem drzwi siodlarni dostrzegłem siedzącą na jednej ze skrzyń ze sprzętem dziewczynę z długimi, błękitnymi włosami.
- Cześć - wychrypiałem, ciągle jeszcze nie będąc w stanie mówić normalnie - Co tutaj robisz?
Ada? (krótkie i bez sensu, ale może dokończysz :D)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz